Fotografia lotnicza
To jedna z tych dziedzin, którą albo się kocha całym sercem, albo nie rozumie zupełnie. Tu znajdziemy wszystko. Od cichych majestatycznych balonów leniwie płynących w powietrzu, przez krążące w kominach termicznych szybowce, kończąc na ryczących i ziejących ogniem silnikach myśliwców wojskowych. Zapach paliwa lotniczego, parafiny i spalin u każdego fotografa lotniczego przyspiesza bicie serca. Ma być głośno, ma być szybko, ma być dynamicznie. Czy tanio? … głośno i szybko… to nie dla każdego. Na szczęście ja totalnie ześwirowałem na tym punkcie i mi z tym dobrze!
Pasy zapięte? No to lecimy!
Fotografia lotnicza to moja pierwsza fotograficzna miłość – choć nie zawsze było to takie oczywiste. Jako dzieciak fascynowałem się lotnictwem, ale nie widziałem w tym przyszłej pracy. Zdjęcia robiłem od zawsze, głównie z ciekawości technologii: jak aparat „widzi” świat i co dzieje się między kliknięciem spustu a obrazem na monitorze. Strona artystyczna była wtedy gdzieś z tyłu, czasem wręcz bez znaczenia.
To analityczne podejście zostało mi do dziś, szczególnie w fotografii lotniczej. Im lepiej rozumiesz aparat, obiektyw, optykę, światło i obróbkę, tym mniej zostawiasz przypadkowi. Fotografia lotnicza wymaga błyskawicznej reakcji, nie znosi kompromisów, ponieważ najczęściej wszystko dzieje się tylko raz. Dlatego w jakości i technikaliach nie uznaję kompromisów. Jeśli coś da się zrobić lepiej, to to robię – nawet jeśli kosztuje to czas i energię.
Po dziesiątkach tysięcy kadrów przestałem tylko „patrzeć” – zacząłem widzieć i zaczęła pojawiać się warstwa artystyczna. Uczę się przewidywać, wyprzedzać wydarzenia i planować ujęcia. Dziś bardziej tworzę obrazy, niż dokumentuję to, co akurat się dzieje, ale ze świadomością procesu twórczego. Moim zdaniem w fotografii najlepsze jest to, że kilku fotografów może stać w tym samym miejscu i fotografować tę samą sytuację, a każdy wróci z innymi zdjęciami.
Pokazy lotnicze
W Polsce i na świecie air show odbywają się co roku. To najbardziej dostępny sposób fotografowania lotnictwa. Każda impreza ma swój charakter i swoje zasady. Przy odrobinie zaangażowania można z tego wyciągnąć bardzo różnorodne kadry. Moja przygoda zaczęła się właśnie od pokazów – do dziś uważam, że to najlepszy „starter”, żeby złapać bakcyla i zarazić się tą nieuleczalną lotniczą chorobą!
Na pokazach zobaczysz zarówno cywilne, jak i wojskowe maszyny, często w wielu konfiguracjach i malowaniach. To też największa szansa na flary, dymy i pirotechnikę – w powietrzu i na ziemi. Zwykle są to wydarzenia całodniowe, czasem kilkudniowe, więc fotografuje się w bardzo różnym świetle i warunkach pogodowych.
Lubię też ludzi z tej bańki. Fotografowie lotniczy potrafią być równie „szurnięci” jak ja – i to jest komplement. A jeśli przy okazji wpadną świetne zdjęcia, to tym lepiej.
Bazy wojskowe
Fotografowanie maszyn bojowych, które na co dzień służą w wojsku, brzmi jak mission impossible. „Przecież jest zakaz fotografowania” – no właśnie, nie zawsze i nie wszędzie. Przy wielu bazach działają cywilne organizacje fotografów. To one czasem dostają możliwość wejścia i pracy na terenie jednostki. Zdarzają się też dni otwarte albo wejścia dla mediów, na które można się zapisać. Czasem takie wejścia odbywają się we współpracy z większymi organizacjami, np. Stowarzyszeniem Polskich Fotografów Lotniczych. Jako członek tego stowarzyszenia mam okazję brać udział w wybranych wejściach.
Kto raz poczuje klimat fotografowania w bazie, zobaczy życie wewnątrz i na własnej skórze, w płucach i kościach poczuje cudowny ryk dopalacza startującego myśliwca, ten nigdy więcej nie powie, że lotnictwo jest nudne!
Bazy dają też rzeczy, których nie zrobisz nigdzie indziej: obsługę w hangarach, przygotowania pilotów, pracę techników i obsługi naziemnej. Tylko tam sfotografujesz „drapieżniki” w ich gnieździe. I tylko tam możesz zobaczyć start lub lądowanie z kilkunastu metrów.
Jedna zasada jest nienegocjowalna: przestrzegasz ustaleń i prawa. Co wolno – to wolno. Czego nie wolno – nie kombinujesz. Wojsko nie jest od tego by nas zabawiać, jesteśmy tam gośćmi.
Air-to-air
Nie skłamię, jeśli powiem, że fotografowanie z powietrza było dla mnie bardzo ważnym kamieniem milowym fotograficznej pasji. Nie skłamię też, jeśli powiem, że jest to jedna z najtrudniej dostępnych dziedzin fotografii lotniczej.
W każdej sesji dobierasz miejsce do klimatu: studio, plener, tło. W fotografii liczy się światło i tło, bo to one budują nastrój ujęcia. Air-to-air daje jedno i drugie naraz. Wsiadasz do samolotu i nagle jesteś w najpiękniejszym studiu fotograficznym na świecie. Nie raz było tak pięknie, że odkładałem aparat i obserwowałem… to co zapamięta głowa jest często ważniejsze niż zapis na karcie pamięci.
To wcale nie jest „prosta” fotografia. Nie każdy wróci z dobrymi zdjęciami. Masz wysokość, prędkość, wiatr ponad 300 km/h, temperaturę +40°C albo -20°C i przeciążenia. Jest ciasno, walczysz o perspektywę i kadr. Często dostajesz tylko jedną szansę, bo sceny nie da się powtórzyć. Bez ogarnięcia sprzętu przegrywasz. Gdy emocje wejdą za mocno, też przegrywasz. Jeśli fizycznie nie dajesz rady – to koniec zabawy. Za to jeśli masz determinację i doświadczenie, to przeżycie jest absolutnie nie do podrobienia.
A potem oglądasz materiał i wracają emocje z góry. I wiesz jedno: zrobisz to jeszcze raz.
MOJA FOTOGRAFIA LOTNICZA
To jest moja fotografia lotnicza z pokazów, baz lotniczych i sesji air-to-air – wybrane kadry z ostatnich lat.
Chcesz pogadać o fotografii, umówić się na sesję, kupić zdjęcia?
Zapraszam do kontaktu.






















































































































































